Do widzenia >> sobota, 28 marca 2009 19:09:09
Nie chcę mi się tu publikować notek. Nie chce mi się szukać specjalnie czytelników, a potem jeszcze starać się ich utrzymać. Po prostu, kto chce poczytać trochę mojej twórczości zapraszam
TU. Znajdują się tam wszystkie moje nowsze opowiadania.
komentarze [4]
Prolog + I część >> poniedziałek, 2 lutego 2009 18:07:48
PROLOG
„Nawet nie wiesz, jakie było moje rozczarowanie, gdy wróciłem tu, a ciebie już nie było. Nie, nie winię cię. Wiem, że nie mogłaś dłużej czekać. Nie miałaś ku temu żadnych powodów.
Pamiętam jak powiedziałaś, że każdy odbiera śmierć w inny sposób. Jeden widzi tylko ból i cierpienie, a drugi widzi w tym coś cudownego, co dopiero nadejdzie. Nie widziałem wtedy śmierci. Ale wiedząc, że może być niedaleko, nie czułem strachu. To ty otworzyłaś mi oczy i pozwoliłaś uczynić to pięknym.
Teraz bez Ciebie to miejsce wydaje się jeszcze gorsze. Dawałaś mi nadzieję, pomagałaś mi zrozumieć tutejszy świat. Rozmowy z Tobą wiele mnie nauczyły. Dziękuję Ci za ten czas. Nie wiem jak długo jeszcze tu będę. Nawet gdybym miał już nie wrócić. Do zobaczenia. Nie ważne gdzie.”
Chłopak złożył kartkę dwa razy i schował do kieszeni spodni. Wyśle ją potem. Albo nigdy. Pisanie listów pomagało mu, to było niemal jak rozmowa tyle, że w jedną stronę.
Poczuł na twarzy chłodny, przyjemny wiatr. Po całym dniu w pełni słońca, wieczorny wiatr wydawał mu się podobny do deszczu po długich tygodniach suszy.
Siedział na drewnianym krześle, opartym o ceglaną ścianę, która mimo cienia, wciąż była ciepła od słońca. Nogi bez skrępowania założył na metalowy stół, nie przejmując się, że ciągle ma za sobie buty, brudne od piachu. Ręce splótł za głową i wyprostował się wygodnie.
Niebo przybrało granatowy kolor. Gwiazdy świeciły niczym małe iskierki na niebieskiej płachcie, która miała się zaraz zapalić od ich nadmiaru. Piach stawał się coraz ciemniejszy, zmieniając swą naturalną, dzienną barwę, na bardziej mroczną. Pustynia wydawała się rozciągać bez końca. Urywał się on jednak przy horyzoncie - długiej granicy, między granatowym niebem i ciemnym piaskiem, które zlewały się ze sobą tworząc niebezpiecznie ciemny obszar nieskończoności.
Lubił siedzieć o tej porze, właśnie w tym miejscu wypatrywać horyzontu w wieczornym półmroku. Dzienny upał, nie pozwalał mu normalnie funkcjonować. Blokował umysł, któremu ciało nie poddawało się i w dzień żyło we własnym rytmie. Mimo długiego już pobytu tam, nie mógł się do tego przystosować. Wiedział, że to nie jest miejsce dla niego. Jedynie te wieczorne chwile spędzane w samotności pozwalały mu zebrać myśli.
Ale nie zawsze siedział tam sam. Była jedyna osoba, która nie przeszkadzała mu w jego cowieczornym rytuale. Jedyna osoba, przy której mógł się czuć sobą w tym miejscu, które zmieniało dusze. Oczyszczało z resztek człowieczeństwa i odbierało ostatni rozsądek. Odejmowało umysł i zastępowało go nowym. Uczyło nienawiści, pogardy, zbrodni. Każdy to widział, ale nikt nie potrafił temu zapobiec. On się starał. Chciał za wszelką cenę pozostać tym samym człowiekiem, ale czuł, że to nie wystarczy, że mu się nie uda. Chciał mimo tego całego szumu, znaleźć w tym obłędzie kawałek własnego, niedostępnego lądu. Schować się tam, bezpiecznie, niczym małe dziecko. Zaznać spokoju i ciszy. Ukryć się przed tymi okrucieństwami, które tak zmieniały ludzi. Znaleźć swoją małą wysepkę.
Zmrużył na chwilę oczy, by je zaraz otworzyć. Wstał i wszedł do środka małego, ceglanego domu. Teraz już nawet ta jego chwila i jego miejsce nie zapewniało mu spokoju.
I CZĘŚĆ
Somalia, okolice Mogadiszu, 19 maja, 1994 rok
Pozorną ciszę i spokój przerwało nagle kilka samochodów wjeżdżających na teren amerykańskiej jednostki. Zaczęli wybiegać z nich żołnierze wynosząc rannych. Pielęgniarki natychmiast pobiegły im pomóc. Zrobiło się straszne zamieszanie, wszystko działo się jak na przyspieszonym tempie.
Wbrew pozorom nie był to tam zbyt częsty widok. Rzadko działo się tam cokolwiek, a takie sytuacje mobilizowały wszystkich do działania. Przeważnie każdy miał tam swoje zajęcie, bezużyteczne, niesłużące nikomu. Tylko od czasu do czasu odbywała się akcja. Wtedy, kto tylko był zdolny do działania, był na nią wysyłany. Z ponad stu żołnierzy, służących tam, niektórzy ani razu jeszcze nie opuścili bezpiecznego miejsca ich jednostki.
Emily wędrowała między metalowymi łóżkami, w których leżeli ranni. Tym razem przyjechało ich zaledwie kilkunastu, czasem bywało znacznie gorzej. Nigdy nie pytała ilu zginęło. Dla niej najważniejsza miała być liczba tych, których ma pod opieką.
-Jak tam ręka, Tony? – podeszła do jednego z żołnierzy.
-Nie za dobrze, ta stara lekarka jest taka zimna, może ty okażesz mi więcej uczuć – wykrzywił usta w zadziornym uśmiechu. Nie wyglądał na obłożnie chorego.
-Innym razem – odparła, śmiejąc się pod nosem i odeszła.
Przyzwyczaiła się do tego typu uwag. Były tam tylko trzy kobiety i ponad stu mężczyzn. Nauczyła się nie zwracać uwagi na ich zaczepki.
Z nią pracowała Christina. Była to dziewczyna mniej więcej w jej wieku z wiecznie ponurą miną. Miała krótkie, blond włosy, pociągłą, trójkątną twarz i bardzo jasną cerę. Prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiały, mimo tego, że spędzały razem wiele czasu. Emily nie za wiele o niej wiedziała, poza tym, że zostawiła ona w kraju męża i w pełni oddała się służbie. Nie potrafiła tego zrozumieć, ale domyślała się, że to coś w rodzaju powołania. Ona czuła to samo i dlatego potrafiła domyślić się, jaka jest Christina, nawet, gdy nie mówiła ona o sobie za wiele.
Trzecią kobietą była ich przełożona, najstarsza, lekarka. Wszyscy wołali ją siostra Avery i nikt tak naprawdę nie wiedział jak ma ona na imię. Z pozoru wydawała się surowa i pozbawiona uczuć, ale Emily wiedziała, że to tylko jej sposób na to by tam przetrwać. Każdy musiał sobie jakoś radzić.
-W środku czeka jeszcze kilku rannych, pomóż Christinie – powiedziała przełożona mijając ją pospiesznie. Lubiła wiedzieć, że ma nad nimi władzę, ale tak naprawdę wszystkie trzy były oddane ich zajęciu w takim samym stopniu.
Emily tylko kiwnęła posłusznie głową. Doszła do końca długiego pasa łóżek rozłożonych na zewnątrz i przykrytych wielkimi płachtami materiału, które zapewniały cień. Ich prowizoryczny szpital musiał mieścić się na zewnątrz, gdyż nie starczyłoby dla wszystkich miejsca w środku kilku małych, ceglanych budynków, gdzie spędzali jedynie noce. Tam wydawało się jeszcze goręcej niż na otwartej pustyni. Przez nagrzane od słońca ściany, miało się wrażenie, że bucha z nich ogień.
Dziewczyna weszła do środka, odrzucając ręką na bok wiszące drzwi z materiału.
-Tam jest jeszcze jeden – powiedziała Christina, która bandażowała właśnie jednego z żołnierzy.
Emily przeszła do pomieszczenia obok, gdzie siedział mężczyzna, bez koszuli i odwrócony do niej tyłem. Od razu zauważyła krwawiącą ranę na jego ramieniu. Założyła zwinnie na ręce gumowe, białe rękawiczki i podeszła bliżej niego.
-Co tu mamy? – spytała raczej sama siebie.
-Wbił mi się kawałek jakiegoś świństwa.
Przyjrzała się odłamkowi metalu wystającemu z jego barku. Prawdopodobnie jakiś fragment bomby, widziała już większe rzeczy. Sprawnie wyciągnęła go i natychmiast zdezynfekowała ranę, po czym założyła opatrunek.
-Może jeszcze krwawić, przyjdź jutro rano na zmianę opatrunku – powiedziała, a chłopak odwrócił się przodem do niej i dopiero ujrzała jego twarz.
-Dzięki. Wyobraź sobie, że musiałem biegać z tym czymś przez ponad trzy godziny i nie pozwolili mi tego wyjąć.
-Mógłbyś się wykrwawić – odparła rozważnie, zdejmując poplamione, czerwone rękawiczki i wyrzucając do kosza na śmieci. Zaskoczyło ją trochę to podjęcie rozmowy przez chłopaka i to bez żadnych sprośnych docinek w jej kierunku. Coś ją tknęło, obudziła się długo skrywana w niej ciekawość i spytała:
-Ilu zginęło?
-Siedmiu – odpowiedział natychmiast chłopak. Przed oczami stanęły mu obrazy z misji, mimo to jego twarz nie dała po sobie poznać wewnętrznego bólu. – W tym dwóch, których dobrze znałem – dodał sam nie wiedząc, po co.
-Przykro mi – spuściła wzrok, coś mówiło jej, że tak trzeba.
-Wiesz, że to nic tu nie znaczy – powiedział zaciekawiając ją tym. Zgodziła się z nim.
Zauważyła w nim coś niezwykłego. Był zupełnie inny niż reszta facetów tam, którzy tylko zaczepiali ją i flirtowali . Mimo młodego wieku wydawał się bardzo doświadczony. Z jego oczu biło coś, co ją fascynowało. Bardzo różnił się od pozostałych. Mówił jakby widział i rozumiał więcej niż oni, a to wszystko obciążało go. Było dla niego wielkim balastem, ale nie mógł się go pozbyć.
-To musi być dla was trudne – powiedziała po chwili namysłu.
-Dla mnie najtrudniejsze jest nie to, co widać, śmierć, krew, ale ten fakt, że człowiek jest do tego zdolny.
Przyzwyczaił się już, że inni nie zwracali uwagi na to, co mówił. Czasem czuł się jak jakiś wybawiciel zesłany specjalnie na ziemię, by pokazać tym ludziom właściwą drogę. Ale był normalnym człowiekiem, jednym z nich. A oni byli głusi na jego słowa.
-To jest jak przekraczanie jakiejś granicy człowieczeństwa – powiedziała brnąc w to, oddając się rozmyślaniom. Słowa niosły ją prosto, jakby same już dawno chciały się uwolnić i pokazać światu. A teraz po prostu znalazły na to odpowiedni moment.
-Jeśli wkładanie człowiekowi broni w dłoń i kazanie mu zabijać, ciągle jest człowieczeństwem, to coś jest z tym światem nie tak – odparł równie gładko. Jakby w końcu znalazł słuchacza swoich nauk.
Każde jego słowo sprawiało, że była nim coraz bardziej zafascynowana. Wpatrywała się w niego, zastanawiając się jak to możliwe, że są jeszcze tacy ludzie. Był inny niż reszta, to zauważyła od razu.
Potrząsnęła nerwowo głową i odwróciła wzrok. Coś kazało jej przerwać tą rozmowę, coś mówiło jej, że nie powinna się otwierać przed żołnierzem, który jest tam jednym z wielu, których już znała.
-Muszę iść do innych rannych – powiedziała szybko i wyszła zostawiając go samego z poczuciem winy.
***
Emily lubiła siedzieć o popołudniowej porze w małym pokoju pielęgniarek i patrzeć przez okno na ćwiczących na pustyni żołnierzy. Wydawali jej się wtedy tak daleko, tacy niedostępni, jakby żyli w zupełnie innym świecie. I chciała tak o nich myśleć. To oni musieli walczyć, zabijać, ona była od tego z daleka. Ale wiedziała, że tak nie było. Była w samym środku tego wszystkiego i widzi, co się tam dzieje. A rozmowa z chłopakiem, którego imienia nawet nie znała, jeszcze bardziej jej to uświadomiła. Widziała go ćwiczącego pośród innych żołnierzy na pustyni. Każdy z nich miał na sobie gruby mundur mimo panującego tam upału. Pot ściekał z ich zaczerwienionych twarzy. Najpierw kilkanaście minut biegania, potem pół godziny innych ćwiczeń na sprawność, a na końcu trening z bronią. Znała ich rozkład zajęć niemal na pamięć. Widziała jak wykonują te bzdurne polecenia przełożonego i zastanawiała się, do czego im to potrzebne. Czy miało to im pomóc na jakiejś misji, do których przygotowywali się codziennie, a która mogła nigdy nie nadejść. Jakiekolwiek akcje odbywały się tam tak rzadko, że wydawało jej się, że ten codzienny trening jest tam ich jedynym celem. Ale zdążyła już poznać to prawdziwe oblicze wojny, o którym mówił chłopak. I wiedziała, że gdzieś tam, daleko od niej, istnieje to okrutne oblicze pustyni, od którego nawet ona nie może uciec.
----------------------------------------------
Nie chcę mi się w sumie publikować tego opowiadania dla dwóch osób ;) Bo szukać czytelników nie chce mi się jeszcze bardziej. Ale niech już będzie.
Wszystkie moje opowiadania ( i te najnowsze) możecie znaleźć tu
linkkomentarze [3]
Biel >> poniedziałek, 19 stycznia 2009 18:54:21
Opowiadanie pod skromnym tytułem "Biel". Moje ulubione z dzieł, które stworzyłam ;) Dużo osób je pochwaliło. No nie będę się przecież chwalić i to tak na początku ;d
W następnej notce już zacznę takie odcinkowe opowiadanie. Tylko to znaczy, że będę musiała łazić po blogach i szukać czytelników, a nie specjalnie mi sie chce. Zobaczymy.
---------------------------
Budzę się. A może wcale nie spałem? W bezsenności ciężko odróżnić co dzieje się naprawdę. Jak długo tu jestem? Tydzień, miesiąc, rok? Wszystkie dni są identyczne i wszystkie zlewają się ze sobą.
Wstaję z łóżka i idę. Nogi wydają mi się tak ciężkie, jakby były z żelaza. Biały, długi korytarz jest taki przygnębiający. Każde miejsce wygląda tak samo, wszędzie biel. Żadnych odcieni beżu, czy szarości, po prostu żałosna, monotonna biel. Kapcie suną tuż nad podłogą, szorując o nią i przyklejając się na każdym kroku z głośnym klapaniem.
W holu widzę już kolejkę ustawiającą się do okienka po lekarstwa. Wszyscy z nich są tak samo beznadziejni i myślą, że te kolorowe tabletki im pomogą. Ja nie jestem taki jak oni, nie chcę być. Wszyscy myślą, że są tu w jakimś celu, a tak naprawdę są tylko częścią tej bezsensownej maszyny. Dają sobą sterować, zostają pozbawieni wszystkiego, co mieli, a zwłaszcza zdolności do podejmowania własnych decyzji. Żałosne. Ustawiam się na końcu kolejki.
Chwilę potem siadam pry stoliku wraz z innymi. Zabawne ile różnych historii słyszałem o każdym z nich. Jak to zamordowali swoje całe rodziny, sąsiadów, czasem obcych. Nie wiadomo które z tych opowieści są prawdziwe. Mimo tego, nie boję się ich. Ja nie jestem tacy jak oni.
Siostra podchodzi do naszego stolika i pochyla się nad nim.
-Ładna dziś pogoda, może wyjdziemy potem na spacer – mówi do nas.
-Ja nie mogę, dziś ma przyjść do mnie mój przyjaciel, Nathan – odpowiadam.
Przysuwa się bliżej mnie i przybiera dziwną minę.
-Przykro mi, ale on nie przyjdzie.
-Dlaczego? Dzwonił i powiedział, że nie może? W takim razie przyjdzie jutro.
-Niestety nie przyjdzie w ogóle.
-Przyjdzie – mówię zwyczajnie. – Powiedział mi, że pogramy razem w koszykówkę.
Siostra już nic nie mówi tylko odchodzi. Czasem jej nie rozumiem.
Nie wiem, kiedy ostatni raz widziałem Nathana, ale to na pewno było nie dawno. Kiedy mnie odwiedził, graliśmy razem w karty, ale musiał szybko iść. Ci ludzie tu nie lubią go. A to dlatego, że zrobił coś złego. Ja nie mam o to do niego żalu.
Podchodzę do okna i patrzę na trawnik na zewnątrz. Słońce wygląda tak pięknie, dopiero wychodzi na niebo. Uwielbiam poranki. Wtedy mogę poznać, że to dzieje się naprawdę, że to jest kolejny dzień. Chociaż w mojej głowie czas stoi w miejscu. Nigdy nie potrafię sobie przypomnieć kiedy jakieś wydarzenie zapisane w mojej głowie miało miejsce. I czy w ogóle się zdarzyło, czy był to tylko sen. Każdy dzień jest taki sam.
Wszyscy na oddziale już skończyli śniadanie i trwa cisza. Nienawidzę tego, wtedy słychać własne myśli bijące się w głowie. Uderzają z taką prędkością, że sam za nimi nie nadążam. Krzyczą jakby było w tobie uwięzionych setki ludzi, wołających cię. Nie po pomoc, wrzeszczą, bo zrobiłeś coś źle. I nie wiesz dlaczego. Krzyczą tak, że z trudem potrafisz je zrozumieć. Nie możesz ich niczym zagłuszyć.
Nagle widzę Nathana wchodzącego na nasz oddział. Na początku stoi w korytarzu rozglądając się po sali, w końcu mnie zauważa. Przepycha się wśród stolików, gdzie inni ciągle siedzą w ciszy i podchodzi do mnie. Ale siostra musiała być zdziwiona, widząc, że jednak przyszedł.
-Co słychać? – mówi do mnie swoim stałym przywitaniem.
-Wszystko dobrze. Siostra powiedziała mi, że nie możesz dzisiaj przyjść.
-Mówiłem ci żebyś ich nie słuchał.
Tak, mówił mi to wiele razy. Powtarzał, że mam swój rozum, a oni wmawiają mi głupoty, by przejąć nade mną władzę. Dlatego zawsze sobie obiecuję, że nigdy więcej już nie posłucham siostry.
-Ładna dziś pogoda. Pójdziemy pograć w koszykówkę? – pytam.
-Na pewno nam nie pozwolą. Wiesz jacy oni są.
Nathan ma rację. Spuszczam ze smutkiem wzrok, wbijając go w podłogę. Widzę tylko swoje kapcie i lśniące, brązowe buty Nathana. Przypominam sobie, że jak tu przyszedłem, miałem takie same. Moje są tylko o rozmiar mniejsze od niego. Pewnie teraz stoją gdzieś w pomieszczeniu, które lekarze nazywają „garderobą”. Przechowują tam wszystkie nasze rzeczy, które mieliśmy przy sobie, w momencie przybycia tu.
-Pójdę spytać siostrę, może pozwoli nam chociaż wyjść na spacer – mówię, podnosząc wzrok.
-Nie pozwoli, zostaw – Nathan chwyta mnie za rękę, gdy już mam zamiar iść. Ustępuję mu.
-Dlaczego oni cię tak nie lubią?
-Nie wiem.
-Słyszałem jak mówili, że kogoś zabiłeś.
-Wiesz, że to nie prawda.
Wierzę mu.
-W takim razie powiedz mi o co im chodzi.
-Naprawdę nie wiem – ze spokojem wzrusza ramionami, jednak widzę, że coś ukrywa.
-Powiedz! – krzyczę tak, że wszyscy na sali spoglądają na mnie.
-Uspokój się, zaraz znowu wszystko zepsujesz.
Widzę jak siostra i dwóch pielęgniarzy idzie w moim kierunku. Tak jak każdy tu, na ich widok zaczynam się bać. Słyszałem jakie rzeczy mogą nam zrobić.
Jeszcze nie teraz. Nathan ma mi powiedzieć coś ważnego. Czuję, że on coś wie. Poczekajcie.
-Powiedz mi o co tu chodzi – ponaglam go. On tylko odwraca wzrok, uciekając od odpowiedzi.
Pielęgniarze chwytają mnie za ręce. Jeden z nich wyciąga strzykawkę z lekiem uspokajającym i wbija mi igłę.
-Poczekajcie, Nathan ma mi coś powiedzieć. – Czuję się coraz słabiej.
-Tu nikogo nie ma – mówi siostra.
Zamykam ociężale powieki, otwieram je i nie widzę już przed sobą Nathana. Co oni z nim zrobili?
Wyprowadzają mnie z oddziału, właściwie ciągną mnie, nie dam rady już sam iść. Przez przymrużone powieki widzę, jak wszyscy na sali wpatrują się we mnie.
Trudno. Ale wiem, że Nathan przyjdzie znowu. Zawsze przychodzi. Wtedy spytam go dlaczego muszę siedzieć w tym miejscu za coś, co, jak się domyślam, zrobił on.
komentarze [3]
-Lay&html-
Wykonałam: Ja. Więcej na: Twój blog. Zdjęcie: stąd